Tydzień temu z hakiem, 12 września, dane mi było wpaść na Summer Dying Loud. Jedno jest pewne - lato umarło z hukiem ;)
Pierwotnie miałem być na całym drugim dniu, ale wiadomo jak to jest z planami. Ostatecznie opuściłem 4 pierwsze kapele, a te na które przyjechałem mógłbym porównać do walki, niekoniecznie bokserskiej ;)
Na samym początku mocny prawy prosty centralnie w zęby, bez możliwości obrony - ToteM. Dobrze panowie i pani zapierdalali ;) Weronice (bo Wera się niefajnie odmienia) trzeba przyznać, że ma niezły wygar. A bisowy cover Voodoo People The Prodigy nieźle mnie zaskoczył. Bardzo dobry koncert - polecam.
Moskwa zaprezentowała się na SDL od typowo punkowej strony, praktycznie bez żadnych większych wpływów reggae (nie licząc punkowego coveru “No Woman No Cry“ Boba Marleya) - prosta, skoczna muzyka. Jak dla mnie pozytywnie :)
Alastor - “solidnie” to chyba najlepsze określenie na ich koncert. Tydzień wcześniej na Summer Fall Festiwal wywarł na mnie pozytywne wrażenie (głównie przez kontrast z Lipali) ale na SDL niestety troszkę stłamsiła go konkurencja - z jednej strony świetne wrażenia po ToteMie, z drugiej oczekiwanie na Vadera i (przede wszystkim) Obscure Sphinx. Czy byli dobrym zastępstwem dla Frontside? Ciężko stwierdzić (na pewno lepszym niż luka w rozkładówce) ;)
Następnie Vader - efekciarski lewy sierpowy omijający trzymaną gardę.
Muszę przyznać, że pirotechnika (te pościgi, te wybuchy!) na mnie, prostym kmiotku, zrobiły wrażenie ;P
Muzycznie wypadło też bardzo dobrze - Vadera słucham raczej sporadycznie więc się zbytnio nie rozeznaje w twórczości… za to Marsz Imperialny ze Star Wars mi się wbił w pamięci - spoko opcja. ;)
Jedynym mankamentem, który mi się rzucił bardziej był czasem ginący wokal…
Było mocno. Były tańce-wygibańce Wielebnej. Była taka szczypta tajemniczości - nie bez powodu zespół swoje występy nazywa rytuałami.
Z jednej strony dobrze, że organizatorzy dali Sfinksów na sam koniec bo właśnie noc jest najlepszą porą na odbiór ich muzyki… z drugiej jednak nocne nie sługa i kto chciał na wcześniejszy zdążyć musiał się ewakuować w trakcie ostatniej piosenki - znakomitej The Presence Of Goddess. Mnie jej dźwięki odprowadziły do samego przystanku ;)
Jako, że z reguły koncerty plenerowe są w pewnym stopniu gorsze (bardziej problematyczne nagłośnienie, krótsze sety, itp.) niż klubowe, nie mogę się teraz doczekać kiedy zobaczę OS pod dachem ;)
W zeszłym roku byłem na SDL po raz pierwszy i muszę przyznać, że impreza się całkiem nieźle rozwija - widać to choćby po ilości namiotów na polu, w zeszłym roku można je było policzyć na palcach obu rąk, teraz w sumie też ale u co najmniej dziesięciu osób ;)
Zdecydowanie jest to jeden z ciekawszych (małych) festiwali metalowych w Polsce. Organizatorzy mogliby jeszcze tylko troszkę dopracować udźwiękowienie i dostosować line-up do autobusów nocnych to będzie naprawdę git.
Tak czy siak - mam nadzieję, że widzimy się na SDL za roku ;)
http://dafaqenestracja.tumblr.com/ - nowy adres bloga




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz