Potrójne folkowe info dla Warszawy: Po pierwsze - 30.12 w praCoVnia Art-Club solowy koncert zagra lider Żywiołaka - Roberto DELIRA. Wstęp wolny. Po drugie - wyżej wymieniony występ odbędzie się w ramach cyklicznej imprezy pt. „folkowe czwARTki”,
która jak nazwa wskazuje odbywa się co czwartek w praCoVni :) Gorąco
zapraszam do regularnego sprawdzania “co jest grane” ;) Więcej info - na
oficjalnej stronie klubu, czyli TUTAJ. Po trzecie - przypominam, że następnego dnia, tj. 31.12, również w praCoVni odbędzie się Sylwester z Loopus Duo - koncert na zakończenie mini trasy “Śmiertny Tour” (o którym jakiś czas temu już pisałem).
Poniżej tradycyjnie - coś do posłuchania :)
Szybkie info dla Łodzi - jutro, tj. 17. grudnia, o godzinie 20 w Sukcesji wystąpi Piotr Bukartyk - muzyk “mieszający rocka, bluesa, folk oraz reggae z kabaretem i piosenką literacką“. Woodstockowiczom z pewnością przedstawiać nie trzeba ;)
Kolejny news z cyklu “zajebiście koncertowy tydzień w Warszawie (szkoda, że beze mnie)”. W piątek, 18. grudnia w Śnie Pszczoły prawdziwy knur obfitości - III urodziny Minetaura. Obok solenizantów zagrają: BelzebonG, Octopussy oraz Sturmovik. Jedno jest pewne - będzie ogień ;)
Kontynuatorem dobrej passy koncertowej w Warszawie jest wizyta hordy pogan pod wodzą rosyjskiej Arkony. Już w tą środę, ok. 18, nawiedzą Progresję siejąc rozpierdziel ;P
Mocno koncertowy tydzień się zapowiada dla Warszawy. Rozpocznie go w poniedziałek występ Liv Kristine na deskach małej sceny Progresji (Noise Stage). Wokalistkę znaną z zespołów Leave’s Eyes i Theatre of Tragedy wspierać będzie rodzima kapela symfoniczno metalowa - As Night Falls oraz gość specjalny Raymond Rohonyi - wokalista i współzałożyciel Teatru Tragedii.
Poniżej standardowo znajdziecie coś do posłuchania (i obejrzenia).
Mocno opóźnione info ale jak to mówią: ale lepiej późno niż wcale. Jutro (a właściwie już dziś) w Łódzkim Teatrze Lalek Arlekin odbędzie się wernisaż zdjęć do kalendarza “Słowianki 2016″. Imprezę uświetni występ folkowego zespołu M3 (w wersji akustycznej).
Szybkie info dla łódzkich fanów folk metalu, którzy jeszcze nie wiedzą jak rozpocząć weekend - w Stereo Krogs, w doborowym towarzystwie zagra Merkfolk ;)
Już w tą sobotę nie lada gratka dla fanów gotyku ze Stolicy. W Progresji wystąpi Diary of Dreams - jedni z najpopularniejszych przedstawicieli nurtu darkwave. Towarzyszyć im będzie szwajcarski zespół The Beauty of Gemina - również darkwave z tym, że bardziej gitarowy niż elektroniczny ;)
Tym razem coś dla miłośników pogańskich metali z Łodzi i jej okolic ;) 19.11 w Stereo Krogs zagra czesko-rosyjski Welicoruss. A wraz z nim Runika i Deep Desolation…
Kolejne bardzo mocno spóźnione ogłoszenie, tym razem jednak nie z winy mojej pamięci ;)
Właśnie dziś rozpoczyna się jesienna (a właściwie jesienno-zimowa) trasa wikingów z Valkenrag i thrashowców z Quo Vadis. Za niespełna dwie godziny (planowo) zagrają w łódzkim Stereo Krogs wspierani przez Runikę i Aether.
Poniżej coś do posłuchania:
Nowy miesiąc to też nowe koncerty i tak np. z początkiem listopada (a właściwie z końcem października) w trasę rusza Percival. na którą naturalnie serdecznie zapraszam ;)
W
szczególności polecam wydarzenia w Częstochowie (5.11 czyli już za dwa
dni!), w Łodzi (15.11) i Warszawie (10.12) - dokładniejszą rozpiskę
znajdziecie TUTAJ (wraz z konkursem na wejściówki) ;)
Samego
zespołu raczej nie trzeba nikomu przedstawiać bo ostatnio sporo się o
nich słyszy choćby za sprawą współautorstwa muzyki do trzeciej części Wiedźmina ale jak wiadomo - dobrej muzyki nigdy za wiele ;)
Cholera. Na śmierć zapomniałem napisać o tym wcześniej… a tu już za
kilka godzin startuje trzecia, świąteczna, edycja Folk Metal Night -
imprezy organizowanej przez warszawską Runikę. Poniżej trochę do posłuchania:
Loopus Duo po raz drugi w tym roku rusza w trasę i z tej właśnie okazji gorąco zapraszam na ich występy. Zwłaszcza występ w Łodzi. W Warszawie w sumie też ;)
A cóż to, to Loopus Duo? Już śpieszę z wyjaśnieniem - jest to
projekt dwóch specyficznych muzyków - Roberta Jaworskiego znanego
szerzej z roli lidera folk rockowego zespołu Żywiołak oraz Sebastiana Madejskiego, (również) lidera Beltaine Improved, obracającego się w klimatach gotyckich. Muzykę, będącą wypadkową obu tych środowisk, sami określają jako Grotecystyczny kontrapunk lub trance-dark-art-folk. Nazewnictwo zawiłe… a w praktyce brzmi to tak:
Szybkie info koncertowe dla Warszawy. Już w ten piątek, 23.10, w Metal Cave, w Warszawie za symboliczną dychę zagrają…
Pravia -
pogański core’ujący death metal. Aktualnie po zmianach kadrowych i
(podobno) stylistycznych - na koncercie można się będzie zapoznać z
nowym materiałem z nadchodzącej płyty.
Leśne Licho - stołeczny folk metal pełną gębą ;) na żywo prezentują się mniej więcej tak - jak dla mnie bardzo spoko ;)
Pelgathorium - na dokładkę chłopaki z Zabrza muzycznie oscylujący w klimatach pogańskiego melodeathu. Do posłuchania cover Gojiry:
Pompeje to wirtualna wystawa, która (jak sama nazwa może
wskazywać) w założeniu ma przybliżyć widzowi życie mieszkańców tego
miasta - przed, w trakcie (i też trochę po) wybuchu Wezuwiusza w 79
roku…
Całość wystawy przywiodła mi na myśl pilum - dość specyficzny rodzaj włóczni wykorzystywanej przez legionistów rzymskich (przypadek?)…
Podobnie jak pilum zwiedzanie
nie trwało bardzo długo - przy dość wolnym tempie zajęło mi niespełna
dwie godziny i może to dlatego, że wolno czytam, a czytania miejscami
było całkiem sporo.
Drzewce stanowiły animacje
przedstawiające dotychczasowe odkrycia archeologiczne - począwszy od
budynku teatru, przez łódź odkopaną z mułu w bardzo dobrym (jak na
niemal 2000 lat) stanie aż po charakterystyczne malowidła na pompejskich
zamtuzach. Przy czym drzewce te są raczej średniej jakości - zostały
zrobione jakieś 5 lat temu i to niestety widać. Jedynie cieniowanie
obiektów nawet jak na dzisiejsze standardy dało radę. Wyświetlania zdjęć
fresków spartaczyć się chyba nie da, ale i tak na plus muszę zaliczyć interaktywną książkę przy pomocy, której można było przyjrzeć się bliżej niektórym obrazom.
Żeleźcem mógłbym
określić film 4D o Wezuwiuszu oraz wizualizację zagłady Pompei z
wykorzystaniem Samsung Gear VR. O ile film był raczej słaby (słaby efekt
4D i okulary chyba jakieś kopnięte bo wszystko i tak widziałem płasko),
o tyle wirtualna przejażdżka po walącym się mieście była naprawdę spoko
;) Szkoda tylko, że była raczej krótka…
Ołowianą kulą, czyli dodatkowym balastem ułatwiającym przebicie się przez tarczę przeciwnika, były: -
bardzo ładnie wykonane repliki eksponatów muzealnych (tak. zdecydowanie
jestem tradycjonalistą) w tym odlewów ludzi przysypanych pyłem
wulkanicznym; - jeszcze ładniej wykonane makiety, niestety tylko dwie - Pompei niemal współczesnych oraz starożytnego teatru - prototypy(?) pierwszej na świecie monety w kształcie wulkanu
Nie wiem ile kosztowało pilum za
czasów Imperium Romanum, ale dziś żeby takowe nabyć trzeba wyłożyć
kilkaset złotych - tanie to nie jest. Podobnie sprawa ma się z Pompejami
- bilet normalny kosztuje 45zł (nie doszukałem się żadnych zniżek dla
studentów) - nie jest to mało… :/
Podsumowując: dla mnie wystawa
“Pompeje…” to raczej średniawka - podobnie jak film z Jonem Snow w roli
głównej o podobnym tytule. Zdecydowanie poleciłbym to dla tzw. młodzieży
młodszej zainteresowanej tematem starożytności :)
P.S.: To pierwsza z dwóch relacji z ostatniego weekendu moich studenckich
wakacji, a zarazem pierwsza niemuzyczna relacja na moim blogu ;)
Przed wami mocno spóźniona relacja z tegorocznej edycji Sounds Like Poland ;)
Nie
dość, że spóźniona to jeszcze raczej krótka. Bo i sam festiwal był
raczej krótki - bliżej mu było jakiegoś konkursu czy przeglądu
muzycznego. Kapele grały po ok. 25 minut i łączyło je jedno - wszystkie
prezentowały naprawdę wysoki poziom ;)
Bardzo dużym zaskoczeniem
była dla mnie frekwencja - namiot festiwalowy był niemal cały czas
pełen. Nad tym żeby nie było przeludnienia i można było oddychać czuwała
ochrona i wolontariusze - w rezultacie przed Muzykantami pod namiotem
stałą kolejka licząca ok. 200 osób (wszyscy zostali odpowiednio
ulokowani ;).
W kwestii nagłośnienia nie mam nawet najmniejszych zastrzeżeń - wszystko brzmiało idealnie.
O występie Oli Bilińskiej
nie mogę zbyt dużo powiedzieć - spóźniłem się znacznie i byłem tylko na
dwóch piosenkach. Mimo to jednak poczułem magiczny, senny klimat jej
kołysanek - bardzo mi się podobało :)
Cunkunft hipnotyzował
swoimi improwizacjami jazzowymi i mimo, że mało słucham takiej muzyki
to również wywarli na mnie pozytywne wrażenie.
Maciej Filipczuk i Gośćmi Weselnymi - swoimi
oberkami porwali część publiki do tańca. Wbrew nazwie nie powinno się
kojarzyć tegoż tria ze współczesnymi weselami (a przynajmniej nie ze
znaczną ich większością) - wg. mnie byłoby to nad wyraz krzywdzące dla
Macieja i jego kompanów. ;)
Muzykanci to zdecydowanie klasa sama w sobie. Potężny głos (w pełni zaprezentowany w A na onej górze)
charyzmatycznej wokalistki Joanny w połączeniu z solidnym folkowym
graniem zaowocowały naprawdę żywiołowym występem. Do tego wzorowy
kontakt z publiką i czysta radość bijąca od muzyków, a raczej Muzykantów
- prawdopodobnie najlepszy koncert tego wieczoru ;)
Psio Crew
mimo przeciwności losu - przeziębienia, które dopadło żeńską część
zespołu - po kilku latach nieobecności wróciło w wielkim stylu!
Zaprezentowali swój autorski mix muzyki góralskiej z elektroniką,
beatboxem i reggae, w tym swój największy hit - Hajduk ;) Miodzio!
Banda Nella Nebbia
to swoista jazzowa mini-orkiestra z basisto-dyrygentem na czele. Dużo
jazzu, folku jako takiego nie uświadczyłem - możliwe, że z powodu
wcześniejszego opuszczenia imprezy - po raz drugi w te wakacje zmusił
mnie do tego autobus… Siłą rzeczy na Kayah nie zostałem :/
Z
całą pewnością w przyszłym roku również postaram się zawitać na
kolejnej edycji Sounds Like Poland i już teraz zapraszam was wszystkich -
miłośników szeroko pojętej Dobrej Muzyki na to wydarzenie ;)
Mocno spóźnione info ale jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Przy
okazji dopiero co organizatorzy poinformowali o zmianie klubu w Poznaniu
i koncert odbędzie się U Bazyla a nie w Eskulapie. Tak czy siak - w przyszłym tygodniu na trzech koncertach można będzie zobaczyć na prawdę mocny folk metalowy skład.
Wystąpią: Skálmöld -
fanom folk/viking metalu tego islandzkiego składu nie trzeba
przedstawiać toteż rzucam wam klimatyczny teledysk i mocno polecam bo
oni nie mają w słowniku czegoś takiego jak słaby koncert ;)
Cruachan - headliner imprezy - celtycki folk metal wprost z Zielonej Wyspy. Jak to mówią - miód w uszach! :D
Ereb Altor - epicki viking/folk/doom/black metal… jak wypadają
koncertowo niestety nie dane mi było sprawdzić jeszcze ale słucha się
bardzo dobrze. Zapowiada się obiecująco ;)
Valkenrag - w roli polskiego supportu. Według mnie wybór jak
najbardziej trafiony - wikingowie z Tomaszowa Mazowieckiego powinni
idealnie wpisać się w klimat imprezy ;) Ich występ to również przedsmak
nadchodzącej trasy koncertowej promującej debiutancki krążek.
Już za tydzień w Warszawie widzimy się na kolejnej edycji Folk Fest ;)
W zeszłym roku zabawa była przednia - wszystko wskazuje, że tym razem też się nie zawiodę ;)
Wystąpią: Ensiferum -
fińska gwiazda folk metalu (a zarazem jedna z najpopularniejszych
kapeli tego nurtu). Fanom przedstawiać nie trzeba, nie-fanom polecam
sprawdzić na Spoti lub uraczyć się takim oto klimatycznym teledyskiem ;)
Metsatöll -
sąsiedzi przez “rzekę” z gwiazdą wieczoru. Mocno ciosany, acz nie
pozbawiony folkowych melodii metal wprost z Estonii. Do posłuchania
całkiem świeży teledysk (albo tradycyjnie spotify).
Skyforger -
sąsiedzi tych z góry - tym razem po miedzy - Łotysze grający metal
srogi jak sroga łotewska zima i dobry jak zimniok po wielu dniach głodu.
Ale to nie są halucynacje z niedożywienia - przekonajcie się sami ;)
Świetnego składu dopełnia polski Amon Amarth czyli Valkenrag! Kawał dobrego pogańsko-wikińskiego grania. Mam tylko nadzieję, że tym razem nic mi nie przeszkodzi w usłyszeniu ich na żywo… Dla tych, którzy nie znają - do obadania:
Na sam koniec, żeby nie było zbyt kolorowo w roli supportu zaprezentuje się również dość pretensjonalny krakowski Netherfell… no cóż - nie trzeba być na każdym koncercie, prawda? ;P
P.S.: Valkenrag na Folk Feście promować będzie wydany na dniach debiutancki krążek. Więcej info - TU.
Tydzień temu z hakiem, 12 września, dane mi było wpaść na Summer Dying Loud. Jedno jest pewne - lato umarło z hukiem ;)
Pierwotnie
miałem być na całym drugim dniu, ale wiadomo jak to jest z planami.
Ostatecznie opuściłem 4 pierwsze kapele, a te na które przyjechałem
mógłbym porównać do walki, niekoniecznie bokserskiej ;)
Na samym początku mocny prawy prosty centralnie w zęby, bez możliwości obrony - ToteM.
Dobrze panowie i pani zapierdalali ;) Weronice (bo Wera się niefajnie
odmienia) trzeba przyznać, że ma niezły wygar. A bisowy cover Voodoo People The Prodigy nieźle mnie zaskoczył. Bardzo dobry koncert - polecam.
Dłuższa chwila odpoczynku, kilka lekkich ciosów odpartych gardą - czyli Moskwa i Alastor (będący w zastępstwie za Frontside). Moskwa zaprezentowała
się na SDL od typowo punkowej strony, praktycznie bez żadnych większych
wpływów reggae (nie licząc punkowego coveru “No Woman No Cry“ Boba Marleya) - prosta, skoczna muzyka. Jak dla mnie pozytywnie :) Alastor -
“solidnie” to chyba najlepsze określenie na ich koncert. Tydzień
wcześniej na Summer Fall Festiwal wywarł na mnie pozytywne wrażenie
(głównie przez kontrast z Lipali) ale na SDL niestety troszkę stłamsiła
go konkurencja - z jednej strony świetne wrażenia po ToteMie, z drugiej
oczekiwanie na Vadera i (przede wszystkim) Obscure Sphinx. Czy byli
dobrym zastępstwem dla Frontside? Ciężko stwierdzić (na pewno lepszym
niż luka w rozkładówce) ;)
Następnie Vader - efekciarski lewy sierpowy omijający trzymaną gardę. Muszę przyznać, że pirotechnika (te pościgi, te wybuchy!) na mnie, prostym kmiotku, zrobiły wrażenie ;P Muzycznie wypadło też bardzo dobrze - Vadera słucham raczej sporadycznie więc się zbytnio nie rozeznaje w twórczości… za to Marsz Imperialny ze Star Wars mi się wbił w pamięci - spoko opcja. ;) Jedynym mankamentem, który mi się rzucił bardziej był czasem ginący wokal…
A później Obscure Sphinx czyli przysłowiowy but na maskę, który rozłożył mnie na łopatki i zakończył dwudniowy obrządek zakończenia lata :P Było
mocno. Były tańce-wygibańce Wielebnej. Była taka szczypta tajemniczości
- nie bez powodu zespół swoje występy nazywa rytuałami. Z jednej
strony dobrze, że organizatorzy dali Sfinksów na sam koniec bo właśnie
noc jest najlepszą porą na odbiór ich muzyki… z drugiej jednak nocne nie
sługa i kto chciał na wcześniejszy zdążyć musiał się ewakuować w
trakcie ostatniej piosenki - znakomitej The Presence Of Goddess. Mnie jej dźwięki odprowadziły do samego przystanku ;) Jako,
że z reguły koncerty plenerowe są w pewnym stopniu gorsze (bardziej
problematyczne nagłośnienie, krótsze sety, itp.) niż klubowe, nie mogę
się teraz doczekać kiedy zobaczę OS pod dachem ;)
W
zeszłym roku byłem na SDL po raz pierwszy i muszę przyznać, że impreza
się całkiem nieźle rozwija - widać to choćby po ilości namiotów na polu,
w zeszłym roku można je było policzyć na palcach obu rąk, teraz w sumie
też ale u co najmniej dziesięciu osób ;) Zdecydowanie jest to jeden z
ciekawszych (małych) festiwali metalowych w Polsce. Organizatorzy
mogliby jeszcze tylko troszkę dopracować udźwiękowienie i dostosować
line-up do autobusów nocnych to będzie naprawdę git. Tak czy siak - mam nadzieję, że widzimy się na SDL za roku ;)
W zeszły piątek miałem przyjemność być na drugiej części trasy spod
szyldu Folk Metal Crusade 2015. Tak jak poprzednim razem nie obyło się
bez potknięć…
Po raz kolejny Łódź okazała się pechowa i na koncercie nie pojawił się jeden z zespołów - tym razem padło na Kryvode.
Niestety organizatorzy nie popisali się i z tego tytułu nie pojawiła
się ani żadna informacja na fejsbukowej stronie wydarzenia ani na
bramce. Przybyłem kilkanaście minut po 19, wg. rozpiski byłem już
spóźniony - planowo start miał być o 19… Tymczasem na występy przyszło
mi czekać godzinę, a o tym dlaczego muszę tak długo czekać i kogo
zabrakło dowiedziałem się od wokalistki pierwszego supportu.
A był nim Othalan.
Przy czym warto zaznaczyć, że bardzo dobry support ;) Może fani metali
ciężkich nie byli zbyt zachwyceni bo zespół prezentuje muzykę z większym
naciskiem na folk ale przyjęcie publiki raczej było ciepłe - już w
trakcie drugiego kawałka wystąpiły zalążki pogo ;P Na mnie zrobili
pozytywne wrażenie ;) Prócz tekstów utworów, muzycznie folk wprowadzany był za pomocą fletu, oboju i szałamai. W kwestii ubioru tylko część zespołu wdziała coś bardziej epokowego ;)
Drugim w kolejności był Diaboł Boruta.
Na ich występie młyn pod sceną rozkręcił się na dobre - przyczynił się
do tego bardzo energiczny set, bardzo dobry kontakt z publiką (”Dobra.
To napierdalamy!”). Oprócz repertuaru własnego kapela uraczyła nas
coverem utworu Vodka Korpiklaani - w pierwszej chwili miałem bardzo duże obawy, mając w pamięci wiosenną edycję FMC,
po chwili jednak przekonałem się, że były one niesłuszne. Wprawdzie
instrumenty ludowe zostały zastąpione keyboardem i brak było odtwórstwa
historycznego w strojach muzyków to czuć było folk metal na milę :P Występ zdecydowanie na plus :)
Kolejnym zespołem był Netherfell…
obawiałem się tego występu… i niestety w tym przypadku obawiałem się
słusznie. Od poprzedniej edycji FMC na lepsze nie zmieniło się nic.
Nadal rażą sample puszczane z laptopa, coreowy wizerunek i słaby wokal.
Przy czym nie jestem sam w tym osądzie - dało się słyszeć negatywne
opinie wśród publiki, która uległa wyraźnemu przerzedzeniu tuż przed tym
jak Netherfell zaczął grać. Pomijając pogujących pod sceną, dość spora
część tych, którzy zostali na sali nie sprawiała wrażenia zachwyconych
występem. Tym razem nie uświadczyliśmy widoku wokalisty hasającego
pod sceną ponieważ skręcił kostkę kilka dni wcześniej… a zawsze takie
akcje odbieram pozytywnie :) Również kolejne zmasakrowanie Luxtos nie
pomogło w pozytywnym odbiorze ich wyczynów (chociaż trzeba przyznać, że
jakby troszkę lepiej im jednak idzie ten cover). Podsumowując -
zdecydowanie najsłabszy występ tego wieczoru.
Na zakończenie wystąpiła gwiazda wieczoru - GRAI i…
cóż to był za koncert! Już w pierwszych minutach zrekompensował mi i
pewnie nie tylko mi, trud czekania i przeżycia koncertu Netherfell ;P O
ile młyn pod sceną nikogo nie dziwi, o tyle nie często zdarza się żeby
praktycznie cały klub “chodził” - było skocznie, wszystko tirlało pirlało
(dzięki Aliji) a potrójny zaśpiew dodawał niepowtarzalnego klimatu. Na
scenie szalała Irina - prawdziwy wulkan energii - gdyby klub był większy
w hasaniu mogłaby dorównać Mashy z Arkony ;P raz nawet porwała Yuria
(basistę) w tany. Zwykle jednak wraz z Aliyą robiły headbanging, którego
mógłby pozazdrościć niejeden trve metalhead ;]
W kwestii
repertuaru zaprezentowali przekrojówkę twórczości czyli największe
hiciory. Do posłuchania jeden z tych hiciorów właśnie:
Podsumowując: Druga edycji FMC mimo potknięć organizatorskich wypadła
w moich oczach zdecydowanie lepiej. Z pewnością bardzo duża w tym
zasługa GRAI(u/a? nie wiem :P), którego to koncert jest zdecydowanie
więcej wart niż 15zł… Mam nadzieję, że dane mi będzie wpaść na kolejne
wydarzenia spod znaku Folk Metal Crusade tak więc raczej… do zobaczenia! ;)
Tym razem, w ramach odrabiania zaległości, krótko o Sound Like Poland czyli małym festiwalu muzyki folkowej w ramach dużego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. SLP odbędzie się już za kilka dni (23.09) w Warszawie pod Pałacem Kultury i Nauki o godzinie 18:30 - wstęp wolny ;)
A wystąpią: Psio Crew - dziewięcioosobowy kolektyw z Bielska-Białej, grający eksperymentalny, góralski folk wymieszany m.in. z drum’n’bassem, hip-hopem, beatboxem, powraca po kilkuletniej przerwie! Jeśli ktoś kojarzy Goorala to w sumie jest w domu bo to jego rodzima kapela :)
Na prawdę zajebista kapela i w sumie przede wszystkim na nich się wybieram ;)
Do posłuchania:
Muzykanci - wszechstronny zespół, w którego skład wchodzą dwa małżeństwa ;) Repertuar mają dość szeroki - od klimatów polskich i łemkowskich, przez węgierski i bałkański folk, aż po muzykę cygańską i żydowską. Nie obce jest im granie ani na festiwalach, ani na weselach ;P
Do posłuchania - piosenka z mojego rodzimego Mazowsza:
Maciej Filipczuk & Goście Weselni - czyli tradycyjne, skoczne, proste polki i mazurki. W sam raz na wesele lub festiwal folklorystyczny :)
Do spróbowania:
Banda Nella Nebbia - folki (głównie wschodnie) w sosie jazzowo-rockowym z dodatkiem improwizacji. Jak dla mnie to całkiem spoko ;)
Cukunft - kolejny mix jazzu z muzyką ludową, tym razem żydowską. Repertuar zespołu to zarówno kompozycje dawne jak i własne utwory, które powstają w oparciu o badania muzykologiczne i socjologiczne. Jeśli ktoś zastanawiał się jak brzmiałaby współczesna muzyka żydowska gdyby nie wojna to prawdopodobnie ma odpowiedź (a przynajmniej tak mniej więcej twierdzi założyciel zespołu Raphael Rogiński :P ).
Ola Bilińska - Berjozkele - ponownie klimaty żydowskie tym razem jednak bez szaleństw - projekt Berjozkele to tradycyjne, przedwojenne pieśni jidysz we współczesnych aranżacjach. Muzycznie to szeroko pojęta alternatywa - trochę ambientu, trochę lekkiej gitary, trochę czuć indie/altern popem ;)
Do posłuchania (i zakupu) na bandcamp:
Kayah - chociaż niektórym Kayah kojarzy się głównie z popem to nie da się ukryć, że ma dość mocno ugruntowaną pozycję również na scenie szeroko pojętego folku czy world music. Na SLP zaprezentuje repertuar projektu Transoriental Orchestra czyli mix klimatów żydowskich, słowiańskich i perskich w niekiedy lekko jazzujących aranżacjach. Do posłuchania na Spotify:
Poza koncertami w środę odbędą się warsztaty itp. - więcej info na stronie Festiwalu Skrzyżowanie Kultur.
Kampania wrześniowa zakończona powodzeniem więc można spokojnie nadrobić zaległości na blogu ;) Na
początek - Summer Fall Festival w Płocku, który odbył się 5.09 (dziwnym
trafem - w ostatni weekend przed sesją poprawkową na UŁ :P )
Na
wstępie muszę nadmienić, że płocczanie mają naprawdę zajebistą
miejscówkę na letnie festiwale muzyczne. Scena na plaży, Wisła będąca
zarówno miłym dla oka tłem jak i naturalnym wzmacniaczem dźwięku,
mnóstwo naturalnych miejsc siedzących z bardzo dobrym (przynajmniej do
czasu zachodu słońca :P ) widokiem na scenę na zboczach terasy
nadzalewowej…
Ale do rzeczy - do Płocka dotarłem wcześniej niż zakładał plan - połowę koncertu punkowej kapeli Reszta Pokolenia odsłuchałem podczas zwiedzania starówki. Wszystko spoko tylko na zamek mi się nie udało dostać bo zamknięty (przed czasem)…
Koncert Lipali wypadł
w moich oczach bardzo słabo - odbębniona chałtura na miejskiej
imprezie, bez polotu, z jakimiś “krzywymi” tekstami między piosenkami
(”…widocznie macie lepszy gust muzyczny niż poczucie humoru.” o.O) -
zdecydowanie nie podobało mi się.
Następny w kolejce Alastor wypadł zdecydowanie lepiej. Energiczny występ, w przerwach dowcip lepszy niż u Lipy. Polecam ;)
Luxtorpeda to
w sumie klasa sama w sobie ale im też zdarzają się gorsze dni. W Płocku
widziałem ich po raz siódmy i w porównaniu do poprzednich gigów, ten
wypadł raczej średnio - zakończony “Hymnem” zamiast tradycyjnego
“Autystycznego”, bez żadnych bonusów w postaci “Kombojów” czy Franka
Kimono. Cóż, taki urok darmowych festiwali :P Closterkeller natomiast to zupełnie inna bajka - na płocki festiwal przygotowali specjalny koncert jubileuszowy 20-lecia wydania płyty Scarlet, którą to zagrali od deski do deski. Na scenie oprócz zespołu pojawiła się zrywająca pajęczyny tancerka oraz pers (nie arab!) Jahiar Azim Irani grający na santur (takich
perskich cymbałkach :P). Ogólnie muzycy dali z siebie wszystko a Anja
Orthodox udowodniła, że mimo pięciu dych na karku nadal jest jedną z
najlepszych wokalistek rockowych w Polsce ;) Dodatkowo cały występ był nagrywany i jesienią zostanie wydany wraz z remasterem Scarlet w dwupłytowym boksie. Również na jesień Anja zapowiedziała trasę, na której można będzie usłyszeć set złożony z płyt Scarlet i debiutanckiego Purple z okazji 25 lecia wydania. Lacuna Coil również dała bardzo dobry występ. Wprawdzie nie przeskoczył nad wysoko podniesioną przez Closterkeller poprzeczką ale pozostali godnymi highlightami festu. Zagrali większość hitów, których posłuchać można na Spotify a jedynym mankamentem były odrobinę za ciche wokale (zwłaszcza Cristiny) ;)
Czyli jak dla mnie - największa gwiazda festiwalu ;)
Na
koncert Obscure Sphinx wybieram się już od dłuższego czasu. Właściwie
odkąd pierwszy raz usłyszałem “Lunar Caustic” (a było to na początku
stycznia ‘14) wiedziałem, że muszę zobaczyć ich na żywo ;)
Niestety
przez przeciwności losu taka możliwość ominęła mnie chyba ze 4 razy.
Swoją drogą, jeśli wierzyć archiwum last.fm, to OS ostatni raz w Łodzi
grało w 2012 roku… Oj, nie ładnie, Sfinksy, nie ładnie!
Tworzą
niezwykle mroczny i ciężki post/doom/sludge metal. Nagrali do tej pory
dwie znakomite płyty, obie można (a nawet trzeba) odsłuchać na Spotify.
Cóż więcej rzec? Nic tylko słuchać i przychodzić tłumnie na koncert! ;)
Spoti:
Dodam jescze tylko, że aktualnie jest to mój najulubieńszy polski zespół :P
Na
koniec został mi jeszcze Minetaur - będący miksem
Stoner-Death-Groove-Sludge Metalu. Nie przypadkowo zestawiłem go z
Obscure Sphinx - otóż na ostatnim wydawnictwie pt. “We Take It
Seriously“ gościnnie udzieliła się Wielebna. Byłoby niezwykle miło
zobaczyć i usłyszeć ich wspólny występ ;) Zdjęcie zespołu Obscure Sphinx by Oskar Szramka. http://dafaqenestracja.tumblr.com/ - nowy adres bloga
Ostatnio pisałem o pożegnaniu lata w Płocku, dziś chciałbym
przedstawić kapele, które żegnać lato będą w Aleksandrowie Łódzkim na
VII edycji festu Summer Dying Loud.
Przy czym w przedstawianiu tym skupię się na drugim dniu, ponieważ najprawdopodobniej tylko na nim się pojawię ;)
Bitchcraft -
poznański stoner/doomowa kapela otwiera zarówno to zestawienie jak i
drugi dzień festiwalu. Jest ciężko, jest wolno, jest klimatycznie. Czy
można chcieć czegoś więcej? Może tylko innej godziny w lineupie bo ok.
14 tłumów pod sceną raczej nie ma co się spodziewać…
ToteM -
kolejny, po Bitchcraft, i nie ostatni zespół z niewiastą na wokalu -
tym razem do czynienia mamy z naprawdę solidnym melodyjnym
death/thrashem. Dla mnie pozycja obowiązkowa ;)
Terrordome - niezwykle szybka fuzja thrashu i hardcore, czyli crossover thrash. Zapowiada się niezły młyn pod sceną :P
Ich twórczość można obadać na bandcampie, oficjalnej stronie (free stuff included) lub na JuTjubie:
Frontside -
po ostatnich zmianach stylistycznych mam mieszane uczucia względem tego
zespołu… widziałem ich na żywo kilka lat temu i mam nadzieję, że
koncertowo nie stracili pazura ;)
Moskwa -
w niektórych kręgach legenda undergroundowego punk rocka. Pierwotnie
zespół został założony w 1983, obecny skład funkcjonuje od 2012 i
prezentuje się mniej więcej tak:
Wprawdzie ja wolne mam jeszcze przez jakiś miesiąc ale już za niespełna
dwa tygodnie wybieram się na końcowo-wakacyjną IV edycję Summer Fall
Festival do Płocka - jak na darmową, miejską imprezę skład prezentuje
się całkiem zacnie ;)
Omawianie zespołów wprawdzie powinienem zacząć od sugerowanych przez organizatorów headlinerów ale…
z całego składu najbardziej jara mnie Closterkeller, zwłaszcza, że w Płocku mają grać całą Scarlet z okazji 20-lecia wydania tejże płyty ;)
Dalej ich chyba nie ma sensu przedstawiać więc tylko sypnę klasykiem:
Nawiasem przyznam się, nie bez wstydu, że będzie to mój pierwszy koncert Closterkellera… Lacuna Coil
- włoski przedstawiciel “mainstreamowego”, raczej lekkiego metalu o
gotyckim zabarwieniu, à la Within Temptation. Nie słucha się tego źle
więc nawet nie będąc fanem (tak jak ja) warto się wybrać, tak czysto po
polsku “bo za darmo” ;P
Luxtorpeda -
nie wiem czy w Polsce da się jeszcze znaleźć jakąś osobę słuchającą
szeroko pojętej muzyki cięższej, która nie słyszałaby o Luxach, więc
wrzucam tylko poglądowo mój ulubiony kawałek i jadę dalej :P
Lipali -
czyli takie Illusion bez “Illusionowego” pazura. Z jednej strony zespół
jest całkiem spoko, z drugiej wydaje mi się pozbawiony wyrazu, jest
Lipa i w sumie nic poza tym…
Alastor -
kolejna kłopotliwa kapela. Z jednej strony - weterani polskiego thrashu
(rocznik ‘86) a z drugiej - brzmią tak trochę “rzemieślniczo”. Mam
nadzieję, że na żywo zrobią większe wrażenie niż na klipie.
Na koniec zostały mi Wilki.
Zespół Gawlińskiego każdy mniej lub bardziej ale zna i wie, że nie
tylko Baśka miała fajny biust ale też Syn Błękitnego Nieba o.O jeszcze
nie jestem w 100% pewien czy zostanę zobaczyć ich koncert ale nawet
jeśli nie to myślę, że nie stanie się nic :P
Już za niespełna dwa tygodnie rusza druga część Folk Metal Crusade.
Wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią mi, że dane mi będzie zawitać
do Łodzi na przedostatni koncert na trasie :)
Line-up jesiennej edycji zapowiada się zdecydowanie lepiej niż części pierwszej, o odczuciach z której możecie przeczytać TU.
Headlinerami części drugiej FMC2015 jest rosyjski zespół GRAI (ros. ГРАЙ) oraz Netherfell.
Tego pierwszego fanom folk metalu raczej nie trzeba przedstawiać (w
moim rankingu zajmuje miejsce w ścisłej czołówce ;), ale dla
przypomnienia:
Netherfell wprawdzie ostatnim razem nie nie urzekł zbytnio ale i tak jestem ciekaw czy coś się u nich zmieniło (na lepsze) przez ostatnie pół roku ;)
W roli supportów wystąpią: Othalan - miodnie zapowiadający się, klimatyczny folk metal z damsko-męskim wokalem, do obczajenia na bandcampie.
Diaboł Boruta - folkowy rock z ciekawym, mocnym, męskim wokalem
Kryvoda - melodyjny death metal skąpany w folkowym sosie
Nastąpiły delikatne zmiany w moim raczkującym blogowaniu...
otóż od teraz można znaleźć mnie na TUMBLR ! :)
Blogspot pozostanie na zasadzie archiwum postów, jednak pojawiać się będą z lekkim opóźnieniem w stosunku to "tumbra".
Stało się - w tym roku po raz pierwszy wybrałem się na Przystanek Woodstock. Wiedziony wizją znakomitych występów Eluveitie i Flogging Molly przybyłem na ostatni dzień festiwalu…
Zmysł
mnie nie mylił ;) Krótko mówiąc - na Woodstocku nagłośnienie jest
wyborne, zespoły dały z siebie wszystko a i technicy nie są w ciemię
bici ;)
Flogging Molly dane mi było usłyszeć po raz
pierwszy na żywo - zostałem rozłożony na łopatki. Naprawdę zajebisty
koncert. Set zróżnicowany - można było “potańczyć” przy skocznych
kawałkach z irlandzkim przytupem…
…jak i pobujać się (odpoczywając) przy bardziej spokojnych, odrobinę
melancholijnych melodiach.
Do tego kontakt z rzednącą już publiką (występ rozpoczął się po 1 w
nocy) wzorowy :) Zdecydowanie jeden z najlepszych występów na tego
rocznym Przystanku (również wg. znajomych, którzy byli tam cały czas) :)
Na Eluveitie byłem w zeszłym roku na koncercie klubowym więc
zaskoczenia nie było - koncert bardzo dobry, set treściwy, brakło kilku
lubianych przeze mnie kawałków, chociażby Quoth The Raven czy The Silver Sister, no ale wiadomo, festiwal - nie można mieć wszystkiego. Poza tym nie mam się w sumie do czego przyczepić ;)
Ponadto zobaczyłem jeszcze:
Końcówkę Proletaryatu, z którego zapamiętałem tylko “Nie! Kurwa, nie!” ;P Black Label Society - koncert średni. Nie porwał mnie w żaden sposób. Kilkuminutowa solówka Zakka mnie bardziej znudziła niż zachwyciła… Shaggiego, na którym zostałem bo nie chciało mi się iść na małą scenę, na Oberschlesien,
który jak się dowiedziałem dopiero po powrocie do domu, został
odwołany. Kudłacz porwał tłum. Mi natomiast jego show kojarzyło się ze
Stachurskym (czy czymś w tym stylu)…
Przystanek Woodstock
budzi we mnie mieszane uczucia - z jednej strony świetne koncerty,
zarówno od strony technicznej jak i artystycznej, a z drugiej cała
festiwalowa otoczka, która nie każdemu może przypaść do gustu. Mi raczej
nie przypadła (więc troszkę ponarzekam ;).
W kontekście festiwalu
ciągle się słyszy o ekologii - do której w opozycji stoją walające się
wszędzie śmieci. Chyba tylko niewielkiej liczbie osób chce się po sobie
sprzątać na polu namiotowym, reszta wręcz sra pod siebie, przez co
niemal cały teren wygląda jak wysypisko śmieci. A nad tym wszystkim
góruje wielki napis Greenpeace…
Spora część uczestników chodzi
najebana, niektórzy już nawet nie chodzą tylko leżą gdzie popadnie,
dając pożywkę przeciwnikom Owsiaka. Domyślam się tylko, że to właśnie
ci, którzy przyjechali na Woodstock dla “klimatu a nie koncertów”…
O
ile na pijanych woodstockowiczów mógłbym przymknąć oko, o tyle na tonę
śmieci, jako student ochrony środowiska, już tak średnio i jeśli tak
wygląda “Najpiękniejszy Festiwal Świata” to boje się nawet pomyśleć jaki
jest ten najbrzydszy…
Mimo wszystko na Przystanek pewnie kiedyś wrócę - jak znów zawita kapela, która potencjalnie może urwać mi dupsko ;)
Summer Dying Loud to minifest odbywający się w Aleksandrowie Łódzkim. Jest to już 7. edycja imprezy, drugi raz w wersji dwudniowej. W zeszłym roku można było nań zobaczyć m.in.: Riverside, Blindead, Decapitated, czy Kabanosa.
Pierwszym zespołem tegorocznej edycji jest VADER, którego raczej nikomu nie trzeba przestawiać...
ale tak w ramach przypomnienia i nawiązania do świeżej premiery trzeciego Wiedźmina, którym się jaram mocno...
Jako, że w niedzielny wieczór nie ma nic lepszego jak słuchanie black metalu toteż dwa tygodnie temu wybrałem się na występy dwóch francuskich duetów do łódzkiego klubu DOM.
Atmosfera w DOMu zdecydowanie undergroundowa - ściany nieotynkowane, bar ze sklejki, itp - trochę obskurnie ale przytulnie ;) Byłem tam pierwszy raz ale na pewno nie ostatni.
Black metalu na żywo też słuchałem po raz pierwszy. Nie zawiodłem się - moje uszy zebrały niezłe cięgi :P
Jako pierwszy zaprezentował się UHL.Duet składający się z drobniutkiej Francuzki na wokalu i gitarze, oraz perkusisty notorycznie gubiącego pałeczki. Set krótki, ale treściwy - ok. 25 minut ciężkiego, szybkiego i przede wszystkim agresywnego łomotu nie tylko na mnie wywarło spore wrażenie ("O kurwa... zakochałem się" rzucone przez zapatrzonego w wokalistkę słuchacza mówi samo za siebie ;P ).
Jakąś część ich twórczości można obadać za friko na bandcampie.
Drugi duet - Merdam Boten - mimo prób budowania klimatu (3 świeczki, maski na twarzach i falujące cyce perkusisty) wypadł troszkę słabiej niż poprzednicy. Muzyka wolniejsza i cięższa, urozmaicona mhrocznymi wstawkami - set jeszcze krótszy od poprzedniego, ok 20 minut łącznie z intrem. Może to i lepiej bo perkusista mógłby paść z przegrzania :P Ogólnie spoko ale też bez rewelacji - po prostu surowy BM.
W piątek 10.04.2015r mimo przeszkód i w okrojonym składzie odbył się koncert w ramach "Folk Metal Crusade 2015".
Warto podkreślić profesjonalizm agencji Heart of Rock, która stanęła na wysokości zadania i znalazła zastępstwo dla zamkniętego dwa dni przed imprezą klubu Luka. Niestety na tym nie skończyły się niespodzianki - na kilka godzin przed rozpoczęciem Valkenrag odwołał swój udział z powodu choroby perkusisty - muszę przyznać, że byłem odrobinę rozczarowany tym faktem bo chciałem zobaczyć "polskiego Amon Amarth" w akcji ;) Miłym gestem było krótkie wystąpienie wokalisty z usprawiedliwieniem i przeprosinami - doceniam.
Od razu zaznaczę, że z braku czasu, nie sprawdzałem za bardzo zespołów mających wystąpić na FMC ;)
"Krucjatę Folkową" rozpoczął zespół z folkiem nie mający nic wspólnego. Łódzka formacja Hybris grająca thrash metal, z wizerunkiem scenicznym à la "wczesna Metallica" nijak nie wpasowała mi się w klimaty bądź co bądź "ludowe". Chłopaki próbowali ratować sytuację wykonując cover utworu "Vodka" Korpiklaani jako "specjalną niespodziankę" - pewnie wielu się podobało - mnie nie porwało. Ale doceniam chęci i starania. 2/10
Następnie wystąpił, pochodzący z Lublina, Black Velvet Band. Zespół zdecydowanie do tańca nie do różańca. Od samego początku chłopaki stworzyli specyficzny klimat - czasem spokojny, odrobinę refleksyjny, czasem żartobliwy, wręcz czasem lekko karczemny. Muzycznie folku w instrumentach było mało - wstęp do pierwszego utworu zagrany na bębenkach, później nastrój budowała fuzja gitary elektrycznej z akustyczną oraz świetny wokal. In minus mógłbym policzyć jedynie brak wokalistko-skrzypaczki, którą można usłyszeć w utworach dostępnych, w sieci. 8/10
Po BVB przyszła kolej Netherfell. Zaskoczenie - i to raczej na minus niż na plus. Spodziewałem się raczej melodyjnego death metalu w stylu Eluveitie - dostałem metalcore wymieszany z odrobiną folku - nie do końca podoba mi się taka mieszanka (nie to żebym jakoś bardzo nie lubił metalcore'u). Za metalcorem przemawiał zarówno styl grania, agresywny wokal jak i wizerunek sceniczny, folk natomiast stanowiła w głównej mierze śpiewająca oraz grająca na skrzypcach i fletach Adrianna - reszta instrumentów była puszczana z playbacku (z niewiadomych mi przyczyn zabrakło na koncercie dudziarza). Wzmianka o Eluveitie bynajmniej nie była przypadkowa - zespół we współpracy z wokalistą Heathen Foray zmasakrował dwukrotnie kawałek "Luxtos" - najbardziej rażące były rozjeżdżające się wokale (prawdopodobnie osoby pod sceną tego nie słyszały :P ). Oklaski natomiast należą się wokaliście, który dwoił się i troił żeby rozgrzać publikę - kilka razy samemu rzucając się w młynek pod sceną ;) Ostatecznie jednak nie było znowuż tak źle ale dupska też mi nie urwało ;P 4/10 Gwiazdą wieczoru był austriacki Heathen Foray. Solidny melodyjny viking metal - energiczny set, dobry kontakt z publiką. Odbiór troszkę psuły stanowczo zbyt częste przebicia i odrobinę zbyt głośne wysokie tony jednak ogólnie całkiem spoko. 6/10 Podsumowując: Przyzwoity koncert, za przyzwoitą cenę - 15zł za 4 zespoły - było warto! ;)
P.S.: Czy tylko mi wokalista Heathen Foray przypomina Joakim Brodéna z Sabatona? :P